sobota, 13 lutego 2016

"Harry Potter i ja".

ROZDZIAŁ 51

Voldemort odwrócił wzrok od 
rodzeństwa i zaczął badać swoje, odzyskane ciało. Jego dłonie przywodziły na myśl wielkie, blade pająki; długie białe palce błądziły po piersi, ramionach, twarzy; czerwone oczy o wąskich źrenicach jak u kota, rozjarzyły się jeszcze bardziej w ciemności. Uniósł ręce, kilka razy zgiął i wyprostował palce, a na jego twarzy pojawiło się zadowolenie. Nie zwracał najmniejszej uwagi ani na mężczyznę leżącego na ziemi i krwawiącego, ani na węża, który ponownie wypełzł w mroku i wił się wokół rodzeństwa, sycząc gniewnie. Voldemort sięgnął do kieszeni niewyobrażalnie długimi palcami i wydobył z niej różdżkę, którą pogładził i wycelował w mężczyznę. Nagle ten uniósł się w powietrze, uderzył ciałem w płytę nagrobną i osunął się po niej na ziemię, gdzie padł, szlochając i jęcząc. Voldemort zwrócił swoje szkarłatne oczy na Laurę i Harry'ego, po czym wybuchnął długim, zimnym śmiechem.
Szata, którą mężczyzna owinął
kilkut ręki, przesiąkła krwią.
- Panie mój... - wycharczał i zakrztusił się łzami - panie... obiecałeś... przecież mi obiecałeś...
- Wyciągnij rękę - wycedził Voldemort.
Mężczyzna wyciągnął krwawiący kilkut, ale Voldemort zaśmiał się ponownie.
- Drugą rękę, Peterze.
- Panie, błagam cię... błagam...
Voldemort pochylił się, złapał jego lewą rękę i odwinął rękaw powyżej łokcia. Rodzeństwo zobaczyło na jego skórze jakiś czerwony znak, podobny do tatuażu - ludzką czaszkę z rozwartymi szczękami, z których wyłaniał się wąż. Voldemort przyjrzał mu się uważnie, nie zwracając uwagi na przerywany szloch mężczyzny, który jak się przed chwilą dowiedzieli, miał na imię Peter.
- Wróciło - powiedział cicho. - Wszyscy to zauważą... i zaraz zobaczymy... zaraz się dowiemy...
Ucisnął mocno znak długim, białym palcem. 
Czoła Harry'ego i Laury przeszył ostry ból, a Peter wrzasnął przeraźliwie. Voldemort odsunął palce od jego przedramienia i rodzeństwo zobaczyło, że czerwony znak robi się czarny. Na białej, płaskiej twarzy Voldemorta pojawił się wyraz mściwego triumfu. Wyprostował się, odrzucił głowę do tyłu i rozejrzał się po cmentarzu. 
- Ilu nabrało tyle odwagi, żeby powrócić jak to poczują? - zapytał patrząc teraz w gwiazdy. - A ilu okaże się takimi głupcami, by nie przybyć na moje wezwanie?
Zaczął się przechadzać tam i z powrotem cały czas omiatając wzrokiem cmentarz. Po jakimś czasie spojrzał na Harry'ego, a jego wężowa twarz wykrzywiła się w okrutnym uśmiechu.
- Harry Potterze, stoisz właśnie na doczesnych szczątkach mojego zmarłego ojca. Był mugolem i głupcem... jak wasza ukochana matka, a jednak oboje się na coś przydali, prawda? Wasza matka umarła, broniąc was, swoje dzieci... a ja zabiłem swojego ojca i sami widzicie, jaki użyteczny ukazał się po śmierci...
Znowu się zaśmiał. Krążył tam i z powrotem, rozglądając się po ciemnym cmentarzu, a wąż nadal wił się wokół grobu.
- Widzicie ten dom na zboczu, Potter? Mieszkał w nim mój ojciec. Moja matka pochodziła z tej wioski. Zakochała się w nim, ale ją porzucił kiedy dowiedział się, kim naprawdę jest... Nie lubił magi ten mój ojczulek, nie... Odszedł od niej i wrócił do tych swoich mugolskich rodziców, zanim przyszedłem na świat, tak, Potter, a ona zmarła przy porodzie... Trafiłem do mugolskiego sierocińca... ale przysiągłem sobie, że go odnajdę i zemszczę się na tym głupcu, który dał mi tylko swoje imię i nazwisko... Tom Riddle...
Wciąż krążył przyglądając się grobom.
- Do czego to doszło... opowiadam wam moją rodzinną historię... chyba robię się nieco sentymentalny... ale.... patrzcie! Powraca moja prawdziwa rodzina!
Nagle powietrze wypełniło się
świstem i łopotem płaszczy. Między grobami, za wielkim cisem, w każdym cienistym miejscu aportowali się czarodzieje. Wszyscy byli zakapturzeni i zamaskowani. Zbliżali się ze wszystkich stron... powoli, ostrożnie, jakby nie dowierzali własnym oczom. Voldemort stał w milczeniu, czekając, aż podejdą. A potem jeden z nich padł na kolana, poczołgał się i zaczął całować Voldemorta w skraj szaty.
- Panie mój... panie... - wymamrotał.
Pozostali uczynili to samo. Zbliżyli się do Voldemorta i ucałowali skraj jego szaty, cofali się i powstawali, tworząc milczący mur wokół grobu Toma Riddle'a, wokół Laury, Harry'ego, Voldemorta i rozdygotanego ciała Petera. W kręgu pozostawały luki, jakby się spodziewali, że jeszcze ktoś przybędzie. Natomiast Voldemort zdawał się nie czekać już na nikogo. Spojrzał po zakapturzonych twarzach, a choć nie było wiatru, wzdłuż kręgu przebiegł cichy szelest, jakby wszyscy zadrżeli.
- Witajcie, śmierciożercy - powiedział cicho Voldemort. - Trzynaście lat... trzynaście lat minęło, od kiedy wiedzieliśmy się po raz ostatni. A jednak odpowiedzieliście na moje wezwanie, jakby to było wczoraj... a więc nadal jednoczy nas Mroczny Znak. Lecz... czy naprawdę jednoczy?
Śmierciożercy? Mroczny Znak? Rodzeństwo nie wiedziało o co chodzi, więc po prostu słuchali. Voldemort odchylił swą ohydną głowę i zaczął węszyć wydymając płaskie nozdrza. 
- Czuję winę. W powietrzu jest odór winy.
Krąg lekko zafalował. Zakapturzone postacie zadrżały ponownie, jakby zamierzały się cofnąć, ale nie miały odwagi żeby to zrobić.
- Widzę, że wszyscy jesteście zdrowi, pełni sił, fizycznych i czarodziejskich. Cóż za szybka odpowiedź na moje wezwanie! Zapytuję więc sam siebie: dlaczego taka doborowa paczka czarodziejów nie przyszła na pomoc swemu panu, któremu przysięgła wierność?
Wszyscy milczeli. Nikt nie drgnął, prócz Petera, który wciąż kulił się na ziemi, opłakując swoją krwawiącą rękę.
- I odpowiadam sobie... - wyszeptał Voldemort. - Na pewno uwierzyli, że moja moc została złamana na zawsze, że już nie wrócę. Wślizgnęli się między moich wrogów, przysięgając, że są niewinni, że nie wiedzieli, że zostali zaczarowani... Więc pytam się dalej, jak oni mogli uwierzyć, że już nigdy się nie odrodzę? Oni, którzy dobrze wiedzieli, jakie podjąłem kroki, dawno, dawno temu, by uchronić się od nieodwracalnej śmierci? Oni, którzy na własne oczy widzieli bezmiar mojej mocy w czasach, gdy byłem najpotężniejszym spośród wszystkich żyjących czarodziejów? I odpowiadam sobie: może uwierzyli w to, że istnieje jeszcze większa moc, taka, która może unicestwić samego Lorda Voldemorta? Może przyrzekli wierność innemu, na przykład temu idolowi i obrońcy prostaków, szlam i mugoli, Albusowi Dumbledore'owi?
Na dźwięk tego nazwiska zakapturzone postacie zadrżały ponownie; niektóre coś mamrotały i potrząsały przecząco głowami. Voldemort nie zwrócił na to uwagi.
- To dla mnie wielki zawód. Muszę przyznać, że jestem rozczarowany. 
Jeden ze śmierciożerców nagle wystąpił z kręgu. Drżąc od stóp do głów, runął do stóp Voldemorta. 
- Panie! Panie, przebacz nam wszystkim! Przebacz nam wszystkim!
Voldemort zaczął się śmiać. Uniósł różdżkę.
- Crucio! - krzyknął.
Śmierciożerca zaczął się wić i wrzeszczeć. Laura wydała z siebie cichy okrzyk przerażenia. Harry pomyślał sobie, że teraz już na pewno usłyszą to w pobliskich domach... Niech przyjdzie policja... ktokolwiek... cokolwiek...
Voldemort ponownie uniósł różdżkę. Udręczony torturą śmierciożerca znieruchomiał na ziemi, dysząc ciężko.
- Weź się w garść, Avery - powiedział łagodnie Voldemort. - Wstań. Prosisz o przebaczenie? Ja nie przebaczam. Ja nie zapominam.Trzynaście długich lat... musisz mi za nie odpłacić swoimi trzynastoma latami, wtedy może ci przebaczę. Peter już spłacił połowę swojego długu, prawda Peterze? 
Spojrzał z góry na żałosną, wciąż szlochającą postać.
- Nie wróciłeś do mnie z wierności, ale ze strachu przed twoimi dawnymi przyjaciółmi. Zasłużyłeś na ból Peterze. Wiesz o tym, prawda?
- Tak, panie - jęknął. - Błagam cię, panie... proszę...
- Ale jednak pomogłeś mi odzyskać ciało - rzekł Voldemort przypatrując mu się chłodno. - Jesteś niewiernym zdrajcą, ale mi pomogłeś... A Lord Voldemort wynagradza tych, którzy mu pomagają.
Jeszcze raz wyjął różdżkę i zatoczył nią koło w powietrzu. Różdżka pozostawiała po sobie świetlisty ślad, który zawisł w powietrzu jak plama roztopionego srebra. Z początku bezkształtna, plama zaczęła się kurczyć i zwijać, aż uformowała  się w replikę ludzkiej dłoni, rozjarzonej jak księżyc. Dłoń poszybowała w dół i przyległa do krwawiącego kilkuta ręki Petera. Ten przestał szlochać. Oddychając chrapliwie i nierówno, podniósł głowę i spojrzał z niedowierzaniem na srebrną dłoń, teraz przytwierdzoną już na stałe do nadgarstka jak lśniąca rękawica. Zgiął palce, a potem, cały drżąc, podniósł z ziemi gałązkę i zmiażdżył ją w palcach na proszek. 
- Panie mój - wyszeptał. - Panie... jest cudowna... dziękuję ci, panie... dziękuję....
Podczołgał się na kolanach i ucałował skraj szaty Voldemorta.
- Oby twoja wierność już nigdy się nie zachwiała, Peterze.
- Nigdy, panie mój... już nigdy...
Mężczyzna wstał i zajął miejsce w kręgu. Voldemort zbliżył się do mężczyzny na prawo od niego.
- Lucjuszu, mój niewierny przyjacielu - wyszeptał, zatrzymując się przed nim - powiedziano mi, że nie wyrzekłeś się dawnej drogi życia, choć światu ukazujesz inne oblicze. Jeśli się nie mylę, to wciąż jesteś gotów przodować w torturowaniu mugoli, prawda? A jednak, Lucjuszu, nigdy nie próbowałeś mnie odnaleźć. 
- Panie mój, trwałem w ustawicznej gotowości - napłynął spod kaptura głos Lucjusza Malfoy'a. - Gdybyś tylko dał jakiś znak, gdyby dotarła do mnie choćby pogłoska o miejscu twojego pobytu, natychmiast znalazłbym się u twojego boku, nic nie mogłoby mnie powstrzymać.
- Jednak rozczarowałeś mnie... w przyszłości żądam od ciebie prawdziwej wierności.
- Oczywiście, panie mój, oczywiście... Jesteś wspaniałomyślny i miłosierny, dziękuję ci, panie...
Voldemort ruszył dalej. Zatrzymał się dopiero w dość dużej luce (pomieściłaby nawet dwie osoby).
- Tutaj powinni stać Lastrange'owie. Niestety, są uwięzieni w Azkabanie. Byli mi wierni aż do końca. Woleli dać się zamknąć, niż wyprzeć się mnie. Kiedy otworzymy bramy Azkabanu, zostaną wynagrodzeni ponad swoje najśmielsze marzenia. Dementorzy też się do nas przyłączą... to nasi naturalni sprzymierzeńcy... Wezwiemy z wygnania olbrzymy... Sprawię, że powrócą do mnie wszyscy oddani słudzy... Przybędą zastępy potworów wzbudzających powszechną trwogę...
Ruszył dalej. Niektórych śmierciożerców omijał w milczeniu, przed innymi przystawał i wypowiadał kilka słów. 
- A tutaj - Voldemort stanął przed najwyższymi zakapturzonymi postaciami - mamy Crabbe'a... Tym razem lepiej się spiszesz, prawda, Crabbe? A ty, Goyle?
Skłonili się niezdarnie, mamrocąc:
- Tak, panie...
- Postaramy się, panie...
- To samo dotyczy ciebie, Nott - rzekł cicho Voldemort, przechodząc obok nisko pochylonej postaci. 
- Panie, padam przed tobą na twarz, jestem twoim najwierniejszym...
- To wystarczy.
Doszedł do największej luki, zatrzymał się, spoglądając w nią pozbawionymi wyrazu oczami, jakby widział stojących w niej ludzi.
- Tutaj brakuje sześciu śmierciożerców... Trzech zgięło w mojej służbie, jeden okazał się zbyt wielkim tchórzem, by powrócić... zapłaci za to. Jeden opuścił mnie na zawsze... czeka go śmierć... i jeden, który jest moim najwierniejszym sługą i już wykonuje moje rozkazy...
Krąg zafalował, śmierciożercy spojrzeli na siebie przez dziury w maskach.
- Ten najwierniejszy jest w Hogwarcie i to dzięki jego wysiłkom gościmy tu naszych przyjaciół... Tak - dodał, a nikły uśmiech wykrzywił jego pozbawione warg usta, kiedy śmierciożercy spojrzeli na rodzeństwo, które było zaledwie pięć stóp od siebie. - Potterowie przybyli łaskawie na tą uroczystość z okazji mojego powrotu. Można by ich nawet nazwać gośćmi honorowymi.
Zapadło milczenie. Potem wystąpił śmierciożerca stojący na prawo od Petera i spod maski rozległ się głos Lucjusza Malfoy'a.
- Panie, bardzo chcemy się dowiedzieć... jak dokonałeś tego cudu, panie... że udało ci się do nas powrócić...
- Ach, to dopiero historia, Lucjuszu! A zaczyna się... i kończy... na tych moich małych przyjaciołach.
Podszedł leniwym krokiem do rodzeństwa. Laura zaczęła się lekko szarpać, ale nic to jej nie dało. Wszystkie oczy były zwrócone na nich.
- Wiecie oczywiście, że te dzieci nazywają moją klęską? - Voldemort utkwił czerwone oczy w Harrym, którego czoło przeszył tak ostry ból, że ledwo powstrzymał się od wrzasku. Laura widząc to zaczęła się mocniej szarpać, ale po chwili przestała, bo poczuła, że nóż mocniej przywarł do jej gardła. - Wszyscy wiecie, że tej nocy, kiedy utraciłem swą moc i ciało, próbowałem ich zabić. Ich matka oddała życie, osłaniając ich własnym ciałem i nieświadomie zapewniła im ochronę, której, przyznaję, nie przewidziałem... W każdym razie nie mogłem ich tknąć.
Podniósł rękę i prawie przyłożył długi biały palec do policzka Harry'ego.
- Ich matka pozostawiła na nich ślad swojej ofiary. To bardzo stara magia, powinienem o niej pamiętać, a głupio to przeoczyłem... Ale nic straconego. Teraz już mogę ich dotknąć.
Harry poczuł zimny koniuszek palca na jego policzku i wydało mu się, że głowa zaraz pęknie mu z bólu.
- Zostaw go! - krzyknęła Laura, a w jej oku pojawiła się bojowa iskra. 
Voldemort zaśmiał się cicho i odsunął palec po czym znowu zwrócił się do śmierciożerców.
- Przyznam, źle sobie to obliczyłem. Moje zaklęcie odbiło się od tarczy ochronnej ofiary tej głupiej kobiety i ugodziło we mnie. Aaach... straszliwy to był ból, moi przyjaciele, i nic nie mogło mnie przed nim uchronić. Zostałem wyrwany ze swojego ciała, stałem się czymś mniej niż duch, czymś mniej niż najmarniejsze widmo, ale jednak żyłem. Czym byłem nawet ja sam nie wiem... ja, który zaszedłem dalej niż ktokolwiek inny na drodze do nieśmiertelności. Znacie mój cel: zwyciężyć śmierć. A oto sam zostałem poddany najcięższej próbie i okazało się, że powiódł się przynajmniej jeden z moich eksperymentów: nie umarłem choć to zaklęcie powinno mnie zabić. Byłem jednak słabszy od najnędzniejszego stworzenia i nie byłem w stanie sobie pomóc... Jednak czekałem zmuszając siebie do istnienia, aż ktoś dokona tego, czego ja nie mogłem dokonać... Ale czekałem na próżno...
Drżenie ponownie przebiegło po kręgu słuchających go śmierciożerców. Voldemort zaczekał aż spirala ciszy zatoczy koło i ciągnął dalej:
- A to wszystko przez dwójkę małych dzieciaków... - zaśmiał się morderczym głosem. - Puść ją.
Mężczyzna, który trzymał Laurę po porostu ją puścił i się cofnął. Zanim ktokolwiek zdążył coś zrobić Voldemort odwrócił się i wycelował w nią swoją różdżkę.
- Crucio!
Dziewczyna zwinęła się z bólu. Kości płonęły jej ogniem, głowa pękała wzdłuż blizny, oczy potoczyły się do wnętrza czaszki... Harry zaczął się mocno szarpać, ale to nic nie dawało. Laura chciała tylko jednego: żeby to się skończyło... żeby zemdleć... umrzeć...
I nagle się skończyło. Klęczała teraz bezwładnie na ziemi. Jej oczy były zakrwawione. Było widać, że tłumiła wtedy płacz. Harry lekko odetchnął z ulgą. Laura patrzyła w te płonące, czerwone oczy poprzez mgłę. Ciemność nocy rozbrzmiała śmiechem śmierciożerców.
- Teraz chyba wiecie, jak głupio było przypuszczać, że ta dziewczyna lub chłopiec, mogą być kiedykolwiek silniejsi ode mnie - rzekł Voldemort. - I nie chcę, by ktokolwiek popełnił taką pomyłkę w przyszłości. Potterowie umknęli mi w szczęśliwym dla nich przypadkowi. Ale zamierzam okazać wam moją prawdziwą moc, zabijając ich tu i teraz, przed wami wszystkimi. Tu już nie ma Dumbledore'a, by im pomógł, nie ma ich matki, by oddała za nich życie. Ale dam im szansę. Pozwolę im walczyć, żebyście nie mieli wątpliwości, kto jest silniejszy. Zobaczycie, że nawet we dwoje nie dadzą sobie rady. Jeszcze chwilę, Nagini - szepnął, a wąż odpełzł przez trawę ku kręgowi śmierciożerców.
       Ucisk kamiennej kosy się zmniejszył,
dzięki czemu Harry stał już na ziemi. Szybko podbiegł do Laury i pomógł jej wstać. Śmierciożerca, który trzymał Laurę oddał im różdżki. Zerknęli na naszyjnik, ich jedyny ratunek. Na szczęście nadal leżał w tym samym miejscu. 

2 komentarze:

  1. super blog, i swietny pomysl na post:D bardzo fajnie sie czyta;)
    http://justbasicstyle.blogspot.com/ pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna opowieść z chęcią poczekam na kolejne ^^
    Może wspólna obs ? Jeśli tak zacznij i zawiadom na blogu :) Anishia15.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń